Każdy z nas ma pasję i hobby. Każdy człowiek na świecie, dzięki swojej pasji odkrywa w sobie to co najlepsze. Odnajduje swoje miejsce w życiu i na ziemi. Czuje się szczęśliwy, spełniony odkrywając nowe miejsca nie tylko na ziemi w powietrzu ale także pod ziemią. To co dla innych może być głupie lub niedorzeczne dla Ciebie to właśnie jest to i bez względu na wszystko idziesz pod prąd bo to jest właśnie to co kochasz.
Wybierając hobby, każdy wybiera sobie takie zajęcie w, którym czuje się najlepiej i jest w tym najlepszy. Jedni pływają, sklejają modele, wspinają się a inni tak jak my chodzimy po jaskiniach. No właśnie… jaskinie… ale nie takich turystycznych z przewodnikiem ale takie … no właśnie dziury w ziemi lub w skałach.
Zjazdy i wspinaczka na linach, przeciskanie się przez ciasne szczeliny to jest właśnie to co nas kręci. Dla większości ludzi jest to niezrozumiałe, jak można włazić pod ziemię i mieć z tego satysfakcję. Dla nas to coś więcej, to jakaś nieznana energia, która prowadzi do działania do zrobienia czegoś więcej i osiągnięcia życiowej satysfakcji.
Właśnie o tym będzie blog. O przygodach, odkrywaniu i o miejscach na ziemi (a raczej pod nią). A także o tym co w życiu jest najważniejsze.
Nasza przygoda z jaskiniami zaczęła się zupełnie nieoczekiwanie i przez zupełny przypadek. Bo kto by się po nas spodziewał: po dwóch leniuchach kanapowych łażenia po takich miejscach.
Adam mój mąż prowadzi zajęcia z filmu dokumentalnego w jednym z domów kultury. Na zajęciach tych pojawiał się Mikołaj (pasjonat jaskiń, który pokazywał swoje filmy o jaskiniach chcąc nauczyć się jak je udoskonalać. Pokazując swoje projekty zaszczepił w Adamie chęć poznania tego niezwykłego świata i zejścia do niego.
A jak to było ze mną, że ja też… no właśnie
Mikołaj pewnego razu zaproponował Adamowi wspólną wycieczkę pod ziemię.
Adam tylko stwierdził:
- Ale ze mną w pakiecie idzie moja Kasia – no właśnie i tak to się właśnie zaczęła się (moja) nasza przygoda z jaskiniami.
Choć teraz sobie przypominam, że po obejrzeniu takich filmów jak „Zejście I i II”, Sanktum czy Jaskinia nasuwało mi się pytanie jak to tak w tym podziemnym świecie. Jakie to uczucie, przeciskając się przez ciasne korytarze. Nigdy bym nie przypuszczała, że będę mogła chodzić ulicami tego ciemnego pięknego podziemnego świata.
Dla mnie to także możliwość wyjścia z domu.
A jednak… Nie wystarczy wejść do jaskini by stać się grotołazem. Są oczywiście jaskinie „turystyczne” do których wystarczy tylko latarka.
Udało nam się… i w pewien ciepły sobotni poranek spotkaliśmy się (ja, Adaś i Mikołaj) by poznać z czym mamy do czynienia i zobaczyć czy w ogóle odnajdziemy się w tym.
Wyszłam z domu do ogrodu a przed mną ukazał się piękny widok. Na trawie rozpościerał się dywan ze sprzętu jaskiniowego. Metalowe części lśniły w słońcu. Zaczęliśmy naukę od poznania sprzętu.
Mikołaj pokazywał tłumacząc do czego służą karabinki i jakie jest ich zastosowanie. Shunt i do czego służy sznureczek przy nim zawieszony,
A także Poignee płaneta (zwana małpą) służącą do wspinania razem ze stopką czy croll i jak poprawnie go założyć bo podobno ludzie mają problem z założeniem jej poprawnie i do czego służy lonża i jak się ją zakłada.
Tłumaczył także jakie liny są najlepsze a jakich unikać oraz jak prawidłowo założyć uprząż.
Po przekazaniu nam swojej wiedzy Mikołaj zaczął wyrywkowo pytać nas o różne rzeczy, tak czy dobrze zapamiętaliśmy przekazaną przed chwilą wiedzę.
Po krótkiej przerwie Mikołaj zawiesić linę na balustradzie i pokazał nam na „sucho” jak bezpiecznie przymocować linę, jak wpinać na niej prawidłowo w rolkę używaną do zjazdu. Kilka razy uczyliśmy się wspinać i zjeżdżać na trawie.
Po takim szkoleniu byliśmy gotowi byliśmy na nasz pierwszy zjazd na linie. A także na wspinaczkę. Adaś z Mikołajem weszli na strych, by tam przymocować liny i wypuścić je przez okno by swobodnie i bezpiecznie zwisały. Po zabezpieczeniu lin przeszliśmy do praktyki. Z balkonu przechodziliśmy na drugą stronę i ostrożnie próbowaliśmy znaleźć swój rytm zjazdu. Przyznam, że na początku czułam strach przechodząc na drugą stronę barierki ale po chwili adrenalina zmieniała się super przyjemną zabawę. Kilkanaście razy próbowaliśmy zjeżdżać, a z każdym razem czuliśmy się pewniejsi. A przy tym mieliśmy dużo zabawy. Po tym jak łyknęliśmy z czym wiąże się zjazd, próbowaliśmy wspinać się.
Mikołaj pokazywał jak złapać swój rytm. I tym razem powtarzaliśmy kilka razy by poczuć się bezpiecznie na linie.
Wisząc tak na linie czułam się dobrze, naprawdę bardzo dobrze. Czułam błogi spokój. Fajnie było tak wisząc zawieszonym w powietrzu. Liczyło się tylko to, że mieliśmy super zabawę. Nie liczyło nic tylko to, że czuliśmy się wyśmienicie.
Po takim rzetelnym szkoleniu byliśmy gotowi na prawdziwą przygodę w jaskini.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz