poniedziałek, 18 lutego 2013

Szkolenie w forcie w Cebulicach.

„Trening liniowy Mrówki – ach te mrówki”

W pewną sobotę dla odmiany wybraliśmy się do fortu w Cybulicach na trening linowy poćwiczyć wspinaczkę i zjazdy.
Najpierw zwiedzaliśmy pomieszczenia fortu gdzie panowały całkowite ciemności, oświetlając drogę latarkami czołówkami. Chodziliśmy korytarzami napotykając przed sobą coraz to nowsze korytarze, otwory które prowadziły do ciekawych zakamarków.
Po przejściu kilkunastu metrów poczułam się dziwnie i niepewnie, gdy weszliśmy do dużego pomieszczenia gdzie nagle nad naszymi głowami zaczęły przelatywać nietoperze, wystraszam się – nie lubię jak coś mi lata nad głową i tak blisko twarzy. Chciałam z stamtąd wyjść jak najszybciej i zacząć trening.
Po zwiedzeniu wyszliśmy do miejsca gdzie Mikołaj z Adasiem poręczowali na drzewie i z niego właśnie zjeżdżaliśmy kilka metrów w dół (używając shouta i rolki). By po chwili wspinać się używając małpy ze stopką. Po kilku razach, położyłam się na trawie i było mi dobrze, dopóki Mikołaj nie zaczął mnie ponaglać bym wróciła na linę.
Uczyliśmy się także jak przepinać się z liny na linę. Mieliśmy z tegonaprawdę super zabawę.
Wszystko byłoby ok. gdyby nie mrówki, które były dosłownie wszędzie.Aż skakaliśmy, otrzepując się z nich, trochę wyglądaliśmy jak wariaci.
Ależ byliśmy głodni jak wracaliśmy do domu.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Jaskinia w zielonej górze

Jaskinia w zielonej górze – „na filmowo”

Zaskakujące jest to, że każda jaskinia do której wchodzimy różni się od poprzedniej. Z jaskini na jaskinie każda wydaje się nam coraz ładniejsza i trudniejsza.
Tym razem udaliśmy się do jaskini w Zielonej Górze. Była to pierwsza do której wzięliśmy kamerę. Weszliśmy do niej przestronnym otworem. Zostawiliśmy rzeczy w jednym bezpiecznym miejscu i poszliśmy przeciskać się przez nasz pierwszy prawdziwy zacisk.
Najpierw poszedł Mikołaj pokazując nam jak to się robi jak ułożyć ciało.I jak się zachować by nie spanikować.
Drugi poszedł Adaś no i właśnie…
W połowie drogi gdy leżał na brzuchu… nie mógł się przecisnąć, próbował kilka razy ruszyć się i wydostać się, po czym po pół godziny leżenia i bezradności zrezygnował.
- Mogę spróbować – zapytałam się i co …. bez problemu, udało mi się przecisnąć bez żadnych większych problemów. (Podobno kobiety mają lepiej skonstruowane ramiona, co pomaga w przeciskaniu się).
Po takiej zabawie z zaciskiem przeszliśmy przez las kolumn naciekowych do salki gdzie…. przyszedł czas na film. Specjalnie „pod kamerę” przeciskaliśmy się przez różne nacieki i labirynty stalagmitowe. Raz w górę, raz w dół. I tak kilka razy.
W jaskiniach panuje totalna ciemność dlatego, też mieliśmy specjalne lampy odsłaniające nam przepiękne obrazy i krajobrazy panujące w jaskini.
Chodziliśmy po jaskini, przed kamerą pokazując jej piękno. Spędziliśmy tam dużo czasu, podziwiając i pokazując jej szatę.
Gdy zbieraliśmy się już do wyjścia do jaskini weszliśmy zwykli ludzie. Jeden dorosły i dwójka dzieci. Mieli ze sobą tylko latarki.
Fajnie wyglądaliśmy na ich tle. Bądź oni na naszym.
I jak zwykle wyszyliśmy szczęśliwi, uśmiechnięci i spełnieni.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Jaskinia Wierzchowska na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej,

Jaskinia Wierzchowska– „Jaskinia pierwszego człowieka – Pierwsza Turystyczna”

Po kilku jaskiniach w których się czołgaliśmy i przeciskaliśmy się udaliśmy się dla odmiany do jaskini turystycznej. W strugach deszczu doszsliśmy do jaskini. Tam chodziliśmy za przewodnikiem podziwiając jaskinie.
Widząc nawet najmniejsze dziury, korytarze (które były zamknięte dla turystów) mieliśmy ochotę tam wejść, zejść w dół czy poprzyciskać się (ależ one kusiły). Biegaliśmy tak od dziury do dziury, jak dzieci w sklepie z zabawkami.
Przechodząc przez kolejne korytarze mijaliśmy niewielkie salki w których przerażały i straszyły gliniane zwierzęta (niedźwiedź, hiena czy lew) które mogły tam mieszkać.
Jedyną dla mnie ciekawą atrakcją jaskini była jama pierwotnego człowieka. Gdzie z ciemności wyłonił się „prawdziwy jaskiniowiec”, który opowiadał o życiu ludzi pierwotnych i jak powstawały jaskinie.
Troszkę w tej jaskini marudziłam bo stwierdziłam, że nasze jaskinie w których się przeciskamy są o wiele ciekawsze od tych turystycznych.
Ale z drugiej strony warto było wejść do niej by przekonać się, która z nich jest fajniejsza. Jedna od drugiej znacznie się różnią. Ale i tak przekonałam się, że wolę tę drugą i nigdy z nich nie zrezygnuje.
Podobno prawdziwi grotołazi nie uznają jaskiń turystycznych.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Jaskinia Szkieletowa na Pogórzu Rożnowskim

Zjazd po linie Jaskinia Szkieletowa – „to tylko zjazd"

Następną jaskinią do której mieliśmy wejść to jaskinia szkieletowa. Idąc do niej mijaliśmy dużą skalną ścianę gdzie ludzie trenowali wspinaczkę.
Po odnalezieniu jej... doszliśmy do wniosku, że tylko zjedziemy na linie. A to dlatego, że wejście do niej umiejscowione jest kilka metrów nad ziemią. I aby wejść do niej się dostać trzeba było zrobić wahadło. A my jeszcze nie mieliśmy doświadczenia w robienia wahadła.
Poszliśmy do miejsca z którego mieliśmy zjechać. Niestety nie mogliśmy od razu zjechać, gdyż pod nami pewna para wspinała się.
Po owocnych negocjacjach Mikołaj doszedł z nimi do porozumienia i mogliśmy zjechać gdy oni mieliby zrobić sobie przerwę.
Podobno jest cicha wojna między jaskiniowcami a wspinaczami. Ci drudzy uważają nas za szambo nurków. A my uważamy, że wspinaczka jest kiepska. Bo my możemy odkrywać, dotąd nie znany świat, świat podziemi.
Gdy nadeszła moja kolei w pierwszej chwili po podejściu na zjazd pomyślałam co ja tu robię. Ale dałam radę wzięłam kilka głębszych oddechów i po kilku metrach poczułam się lepiej.
Gdy wracaliśmy na skałkach było pełno ludzi, który wspinali się, wśród nich były nawet małe dzieci.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Jaskinia Diabla Dziura na Bukowcu– „Wejście do innego świata”

Jaskinia Diabla Dziura w Bukowcu na Pogórzu Rożnowskim

Jaskinia o osobliwej nazwie „Diabla Dziura”to cel naszej kolejnej wycieczki, która mieści się w okolicach Nowego Sącza.

Dotarliśmy do wsi Bukowiec. Po zaparkowaniu autka ruszyliśmy przez las w poszukiwaniu otworu do jaskini. Po przejściu kilkunastu metrów stanęliśmy przed naszą skalną dziurą.
Po ubraniu się w nasze czerwone kombinezony, (wreszcie udało nam się zamówić i kupić – oby dobrze i długo służyły). Założyliśmy uprzęże, kaski na głowę byliśmy gotowi do zejścia, nie zdając sobie sprawy co nas czeka po drugiej stronie. Jeszcze tylko pamiątkowe i schodzimy.
Wchodząc do środka nogami do przodu czułam pewne obawy, niepokój. Byłam podenerwowana, może to adrenalina a może tylko strach przed nieznanym. Ale wystarczyło, że przeciągnęłam się kilka metrów a uspokoiłam się wewnętrznie czując błogi spokój. Mogąc spokojnie oddać się schodzeniu w dół, przeciskając się przez coraz to ciaśniejsze szczeliny.

Po każdym przyciśniętym się kawałku i końcu korytarza miałam nadzieje na jakąś w miarę przestronną komnatkę lub może jakąś salkę. Niestety za każdym razem kończyło się tak samo, kolejnym ciasnym przejściem i korytarzem.
Zdarzało się, kilka razy że zostawałam sama na pewnym odcinku bo nie było już miejsca na dwie nie mówiąc już o trzech osobach.
Dotarliśmy do studni dusz, gdzie mieliśmy zjechać na sam dół. Miejsca było tyle że ramiona dotykały ścian jaskini. Jaką ja miałam wielką radość i przyjemność mogąc zjechać na sam dół. Nawet wesoło krzyczałam jjuuuuhuuuuu ale super, śmiejąc się do tego.
Później po kolei przeciskaliśmy się do miejsca zwanego kuchnią mając nadzieję, że za rogiem będzie mała salka. Niestety był tam tylko kolejny korytarz, który prowadził do wyższych partii. Ale my już tam się nie zaciągaliśmy bo robiło się już dość późno.Tam też zjedliśmy obiad, wypiliśmy po kubku ciepłej herbaty. Śmiejąc się ,że po raz pierwszy jedliśmy razem nie widząc się nawzajem. Po odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną.

Droga na górę też była ciekawa, próbując znaleźć swój sposób i rytm wspinałam się na małpie i stopce, łapiąc przy tym idealny rytm. Wydawało mi się nawet, że szybciej wspinałam się niż zjeżdżałam.
Wracaliśmy tą samą drogą którą przyszliśmy. Czołgając się i przeciskając się do góry znalazłam swój system przeciskając się przez ciasne korytarze tachając przed sobą dwa plecaki, jaksza była moja radość gdy wspinając się do kolejnego korytarza zauważyłam linę, oznaczającą że wyjście musi być gdzieś blisko. I nie byłam w błędzie po kilku przeciągnięciach się ujrzałam przed sobą otwór wyjścia. Wyczołgałam się z dziury, a na zewnątrz gdzie przywitała mnie noc. Było ciemno i przyjemnie ciepło. Chwilę musiałam poczekać aż usłyszałam głosy chłopaków oznaczające, że są już nie daleko. Pomogłam im wyciągnąć wory. Po chwili wracaliśmy już do samochodu przez ciemny las.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Jaskinia w sztolni Teresa – „wyprawa do nieznanej ziemi”

Jaskinia w sztolni Zofia - Górza Miedzianka w okolicach Chęcin - Góry Świętokrzyskie

Drugą jaskinią do której weszliśmy to jaskinia w sztolni Teresa. Trochę inna niż ta do której weszliśmy poprzedniego dnia.
Dotarliśmy do jaskini w sztolni Teresa. Na miejscu zastaliśmy ogrodzoną dziurę, w ziemi, która była wejściem. Oznaczona była tabliczką UWAGA PRZEJSCIA NIE MA.
Po przejściu na drugą stronę i po poręczowaniu przez chłopaków, Mikołaj zjechał jako pierwszy zobaczyć jaka jest sytuacja.
Tym razem zejście było trudniejsze bo na linach z zaciskiem pionowym w dół.
Następnie zeszłam ja, zjeżdżając powoli na linie uważając na wystające kamienie. Później przecisnęłam się bardzo wąskim korytarzem na brzuchu do obszernej salki. Usiadłam na kamieniu i czekałam na chłopaków. Zgasiłam latarkę i poczułam się...jak w domu.

Uwielbiam ten moment kiedy mogę zostać sama, wyłączam latarkę, zamykam oczy, czuje wewnętrzny spokój - czuję się dobrze, spokojna i wyciszona.
Niestety mój błogi stan przerwał Adaś, który nie mógł się przecisnąć i się zdenerwował.
- No i koniec czar prysł, no i koniec – pomyślałam
Gdy już wszyscy byliśmy w środku,ruszyliśmy chodnikami kopalnianymi. Udawaliśmy gąsienice czołgając się i przeciskając się przez szczeliny by po chwili zjechać glinianymi korytarzami..
Mikołaj zabrał nas do miejsca, gdzie była jak mi się wydawała głęboka studnia bez dna. Najpierw Adaś nad nią leżał, później ja. Mikołaj asekurował mnie trzymając za uprząż. Miałam naprawdę stracha, pierwszy moment zawahania. Leżałam głową w dół nad nią, pod sobą mając tylko czarną pustkę. Poczułam pewnego rodzaju niepokój nie wiedząc ile metrów mam pod sobą. Pierwszy raz poczułam się, że strach wziął w górę. Poczułam się naprawdę niepewnie i poprosiłam by wziął mnie z stamtąd jak najszybciej. Na szczęście uczucie towarzyszyło mi tylko przez chwilę.

Idąc dalej korytarzami znaleźliśmy pewną studnię. Mikołaj zachowywał się jak dziecko w sklepie z cukierkami, mało nie skacząc z radości, chcąc tam zejść. Uparł się. I zszedł. Jakaż to była jego radość odkrywając w studni kolejne dotąd nieznane korytarze.

Wracając czekaliśmy na wyjście w ciasnym korytarzu. Gdzie ledwo mieściły się dwie osoby. Leżeliśmy tak z Mikołajem robiąc zdjęcia i lepiąc z gliny dziwne figurki czekając na naszą kolej na wyjście.

Dzięki jaskiniom poczułam się pewna siebie, znalazłam swoje miejsce. Wreszcie znalazłam coś dla siebie swego rodzaju odwagę by móc spełniać swoje marzenia.
Strach objawia się adrenaliną ale jest on tu wskazany bo wtedy nie podejmuje się pochopnych decyzji na które w jaskiniach nie można sobie pozwolić. Dopiero kiedy przyjdzie zmęczenie pojawia się satysfakcja, duma i euforia ze zdobycia kolejnej jaskini i satysfakcją ze zwalczenia swoich lęków.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Jaskinia w sztolni Zofia - wyprawa do wnętrza ziemi

Jaskinia w sztolni Zofia - Górza Miedzianka w okolicach Chęcin - Góry Świętokrzyskie

Udało się. Jedziemy do jaskini. Pierwszą jaskinią, jaką Mikołaj i Olo wybrali dla nas była to jaskinia w sztolni Zofia na górze Miedzianka w okolicach Chęcin.
Nadszedł upragniony i wyczekany dzień wyjazdu. Zaparkowaliśmy samochód na leśnej polanie, nieopodal wejścia do jaskini.
Po przebraniu się, w ciepłe i wygodne rzeczy, założyliśmy uprzęże i wpięliśmy w niego sprzęt, byliśmy gotowi…. A jeszcze kaski i hej przygodo.
Weszliśmy na ścieszkę leśną i szliśmy w stronę otworu prowadzącego do jaskini.
Adaś kilka razy żartował sobie: Daleko jeszcze, Daleko jeszcze.

Po przejściu kilku minut ukazałam nam się piękna skała a u jej podnóża znajdował się otwór do jaskini do którego mieliśmy wejść. Adrenalina po woli dawała o sobie znać.
Po przejściu kilku metrów poczuliśmy się jakbyśmy przybyli do innego świata. A to był dopiero początek wyprawy do wnętrza ziemi. Adrenalina powoli zaczęła zmieniać się w podniecenie. W końcu robiliśmy to po raz pierwszy. Dalej idąc w głąb po prawej stronie na skale zauważyliśmy dziwne szeregi cyferek. Zastanawialiśmy się co mogą oznaczać, ale nie doszliśmy do tego, może kiedyś dowiemy się co one oznaczają … może kiedyś. Ale ogólnie robią wrażenie. Chodziliśmy korytarzami,które prowadziły do różnych zakamarków lub kończyły się nagle. Kiedyś te korytarze należały do sztolni. Po drodze mijaliśmy dziwne skały oraz studnie z bardzo przeźroczystą wodą.
Dotarliśmy do prostokątnego szybiku, który aby przejść należało trawersować. Choć zdarzają się odważni i przechodzą do bez zabezpieczeń. Po poręczowaniu przez chłopaków mięliśmy zjechać w jego głąb. To był nasz pierwszy mój i Adasia zjazd w głąb ziemi. Zjeżdżaliśmy po linie po kolei.
Na dole było dość ciasno, a to dlatego, że miejsce do którego zjechaliśmy było zalane wodą. Nam jednak udało się znaleźć miejsce wolne od wody (było ciasno ale przyjemnie).

Po paru chwilach mieliśmy wrócić na górę. Po wspinaczce na górę usiedliśmy na kamykach, pijąc gorącą herbatę.

Po odsapnięciu poszliśmy dalej poprzez korytarze (będące już po drugiej stronie trawersu) trafiając na drugie wyjście.
Jaka była nasza radość, gdy zauważyliśmy światło dzienne. Wyszliśmy na powietrze a promienie słońca padały nam na twarze. Oczy aż musieliśmy mrużyć. Po kilku chwilach spędzonych na dworze i podziwianiu krajobrazu, wróciliśmy do jaskini.
Będąc już niedaleko naszego wyjścia, postanowiliśmy iść trochę innym przejściem gdzie aby się do niego dostać musieliśmy się do niego trochę po wspinać i po przeciskać przez ciasne szczeliny skalne. Po kilku metrów dotarliśmy do miejsca, którego zjeżdżaliśmy na pupach śmiejąc się, że w takim miejscu przydałyby nam się jabłuszka.

Po zjeździe pokręciliśmy się chwilę po jaskini, zrobiliśmy kilka fotek wpadającego światła przez skały (takie niby artystyczne - piękny widok). Wyszliśmy z jaskini szczęśliwi i upaprani.