W pewną sobotę dla odmiany wybraliśmy się do fortu w Cybulicach na trening linowy poćwiczyć wspinaczkę i zjazdy.
Najpierw zwiedzaliśmy pomieszczenia fortu gdzie panowały całkowite ciemności, oświetlając drogę latarkami czołówkami. Chodziliśmy korytarzami napotykając przed sobą coraz to nowsze korytarze, otwory które prowadziły do ciekawych zakamarków.
Po przejściu kilkunastu metrów poczułam się dziwnie i niepewnie, gdy weszliśmy do dużego pomieszczenia gdzie nagle nad naszymi głowami zaczęły przelatywać nietoperze, wystraszam się – nie lubię jak coś mi lata nad głową i tak blisko twarzy. Chciałam z stamtąd wyjść jak najszybciej i zacząć trening. Po zwiedzeniu wyszliśmy do miejsca gdzie Mikołaj z Adasiem poręczowali na drzewie i z niego właśnie zjeżdżaliśmy kilka metrów w dół (używając shouta i rolki). By po chwili wspinać się używając małpy ze stopką. Po kilku razach, położyłam się na trawie i było mi dobrze, dopóki Mikołaj nie zaczął mnie ponaglać bym wróciła na linę.
Uczyliśmy się także jak przepinać się z liny na linę. Mieliśmy z tegonaprawdę super zabawę.
Wszystko byłoby ok. gdyby nie mrówki, które były dosłownie wszędzie.Aż skakaliśmy, otrzepując się z nich, trochę wyglądaliśmy jak wariaci.
Ależ byliśmy głodni jak wracaliśmy do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz