Zjazd po linie Jaskinia Szkieletowa – „to tylko zjazd"
Następną jaskinią do której mieliśmy wejść to jaskinia szkieletowa. Idąc do niej mijaliśmy dużą skalną ścianę gdzie ludzie trenowali wspinaczkę.
Po odnalezieniu jej... doszliśmy do wniosku, że tylko zjedziemy na linie. A to dlatego, że wejście do niej umiejscowione jest kilka metrów nad ziemią. I aby wejść do niej się dostać trzeba było zrobić wahadło. A my jeszcze nie mieliśmy doświadczenia w robienia wahadła.
Poszliśmy do miejsca z którego mieliśmy zjechać. Niestety nie mogliśmy od razu zjechać, gdyż pod nami pewna para wspinała się.
Po owocnych negocjacjach Mikołaj doszedł z nimi do porozumienia i mogliśmy zjechać gdy oni mieliby zrobić sobie przerwę.
Podobno jest cicha wojna między jaskiniowcami a wspinaczami. Ci drudzy uważają nas za szambo nurków. A my uważamy, że wspinaczka jest kiepska. Bo my możemy odkrywać, dotąd nie znany świat, świat podziemi.
Gdy nadeszła moja kolei w pierwszej chwili po podejściu na zjazd pomyślałam co ja tu robię. Ale dałam radę wzięłam kilka głębszych oddechów i po kilku metrach poczułam się lepiej.
Gdy wracaliśmy na skałkach było pełno ludzi, który wspinali się, wśród nich były nawet małe dzieci.
poniedziałek, 28 stycznia 2013
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Jaskinia Diabla Dziura na Bukowcu– „Wejście do innego świata”
Jaskinia Diabla Dziura w Bukowcu na Pogórzu Rożnowskim
Jaskinia o osobliwej nazwie „Diabla Dziura”to cel naszej kolejnej wycieczki, która mieści się w okolicach Nowego Sącza.
Dotarliśmy do wsi Bukowiec. Po zaparkowaniu autka ruszyliśmy przez las w poszukiwaniu otworu do jaskini. Po przejściu kilkunastu metrów stanęliśmy przed naszą skalną dziurą.
Po ubraniu się w nasze czerwone kombinezony, (wreszcie udało nam się zamówić i kupić – oby dobrze i długo służyły). Założyliśmy uprzęże, kaski na głowę byliśmy gotowi do zejścia, nie zdając sobie sprawy co nas czeka po drugiej stronie. Jeszcze tylko pamiątkowe i schodzimy.
Wchodząc do środka nogami do przodu czułam pewne obawy, niepokój. Byłam podenerwowana, może to adrenalina a może tylko strach przed nieznanym. Ale wystarczyło, że przeciągnęłam się kilka metrów a uspokoiłam się wewnętrznie czując błogi spokój. Mogąc spokojnie oddać się schodzeniu w dół, przeciskając się przez coraz to ciaśniejsze szczeliny.
Po każdym przyciśniętym się kawałku i końcu korytarza miałam nadzieje na jakąś w miarę przestronną komnatkę lub może jakąś salkę. Niestety za każdym razem kończyło się tak samo, kolejnym ciasnym przejściem i korytarzem.
Zdarzało się, kilka razy że zostawałam sama na pewnym odcinku bo nie było już miejsca na dwie nie mówiąc już o trzech osobach.
Dotarliśmy do studni dusz, gdzie mieliśmy zjechać na sam dół. Miejsca było tyle że ramiona dotykały ścian jaskini. Jaką ja miałam wielką radość i przyjemność mogąc zjechać na sam dół. Nawet wesoło krzyczałam jjuuuuhuuuuu ale super, śmiejąc się do tego.
Później po kolei przeciskaliśmy się do miejsca zwanego kuchnią mając nadzieję, że za rogiem będzie mała salka. Niestety był tam tylko kolejny korytarz, który prowadził do wyższych partii. Ale my już tam się nie zaciągaliśmy bo robiło się już dość późno.Tam też zjedliśmy obiad, wypiliśmy po kubku ciepłej herbaty. Śmiejąc się ,że po raz pierwszy jedliśmy razem nie widząc się nawzajem. Po odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną.
Droga na górę też była ciekawa, próbując znaleźć swój sposób i rytm wspinałam się na małpie i stopce, łapiąc przy tym idealny rytm. Wydawało mi się nawet, że szybciej wspinałam się niż zjeżdżałam.
Wracaliśmy tą samą drogą którą przyszliśmy. Czołgając się i przeciskając się do góry znalazłam swój system przeciskając się przez ciasne korytarze tachając przed sobą dwa plecaki, jaksza była moja radość gdy wspinając się do kolejnego korytarza zauważyłam linę, oznaczającą że wyjście musi być gdzieś blisko. I nie byłam w błędzie po kilku przeciągnięciach się ujrzałam przed sobą otwór wyjścia. Wyczołgałam się z dziury, a na zewnątrz gdzie przywitała mnie noc. Było ciemno i przyjemnie ciepło. Chwilę musiałam poczekać aż usłyszałam głosy chłopaków oznaczające, że są już nie daleko. Pomogłam im wyciągnąć wory. Po chwili wracaliśmy już do samochodu przez ciemny las.
Jaskinia o osobliwej nazwie „Diabla Dziura”to cel naszej kolejnej wycieczki, która mieści się w okolicach Nowego Sącza.
Dotarliśmy do wsi Bukowiec. Po zaparkowaniu autka ruszyliśmy przez las w poszukiwaniu otworu do jaskini. Po przejściu kilkunastu metrów stanęliśmy przed naszą skalną dziurą.
Po ubraniu się w nasze czerwone kombinezony, (wreszcie udało nam się zamówić i kupić – oby dobrze i długo służyły). Założyliśmy uprzęże, kaski na głowę byliśmy gotowi do zejścia, nie zdając sobie sprawy co nas czeka po drugiej stronie. Jeszcze tylko pamiątkowe i schodzimy.
Wchodząc do środka nogami do przodu czułam pewne obawy, niepokój. Byłam podenerwowana, może to adrenalina a może tylko strach przed nieznanym. Ale wystarczyło, że przeciągnęłam się kilka metrów a uspokoiłam się wewnętrznie czując błogi spokój. Mogąc spokojnie oddać się schodzeniu w dół, przeciskając się przez coraz to ciaśniejsze szczeliny.
Po każdym przyciśniętym się kawałku i końcu korytarza miałam nadzieje na jakąś w miarę przestronną komnatkę lub może jakąś salkę. Niestety za każdym razem kończyło się tak samo, kolejnym ciasnym przejściem i korytarzem.
Zdarzało się, kilka razy że zostawałam sama na pewnym odcinku bo nie było już miejsca na dwie nie mówiąc już o trzech osobach.
Dotarliśmy do studni dusz, gdzie mieliśmy zjechać na sam dół. Miejsca było tyle że ramiona dotykały ścian jaskini. Jaką ja miałam wielką radość i przyjemność mogąc zjechać na sam dół. Nawet wesoło krzyczałam jjuuuuhuuuuu ale super, śmiejąc się do tego.
Później po kolei przeciskaliśmy się do miejsca zwanego kuchnią mając nadzieję, że za rogiem będzie mała salka. Niestety był tam tylko kolejny korytarz, który prowadził do wyższych partii. Ale my już tam się nie zaciągaliśmy bo robiło się już dość późno.Tam też zjedliśmy obiad, wypiliśmy po kubku ciepłej herbaty. Śmiejąc się ,że po raz pierwszy jedliśmy razem nie widząc się nawzajem. Po odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną.
Droga na górę też była ciekawa, próbując znaleźć swój sposób i rytm wspinałam się na małpie i stopce, łapiąc przy tym idealny rytm. Wydawało mi się nawet, że szybciej wspinałam się niż zjeżdżałam.
Wracaliśmy tą samą drogą którą przyszliśmy. Czołgając się i przeciskając się do góry znalazłam swój system przeciskając się przez ciasne korytarze tachając przed sobą dwa plecaki, jaksza była moja radość gdy wspinając się do kolejnego korytarza zauważyłam linę, oznaczającą że wyjście musi być gdzieś blisko. I nie byłam w błędzie po kilku przeciągnięciach się ujrzałam przed sobą otwór wyjścia. Wyczołgałam się z dziury, a na zewnątrz gdzie przywitała mnie noc. Było ciemno i przyjemnie ciepło. Chwilę musiałam poczekać aż usłyszałam głosy chłopaków oznaczające, że są już nie daleko. Pomogłam im wyciągnąć wory. Po chwili wracaliśmy już do samochodu przez ciemny las.
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Jaskinia w sztolni Teresa – „wyprawa do nieznanej ziemi”
Jaskinia w sztolni Zofia - Górza Miedzianka w okolicach Chęcin - Góry Świętokrzyskie
Drugą jaskinią do której weszliśmy to jaskinia w sztolni Teresa. Trochę inna niż ta do której weszliśmy poprzedniego dnia.
Dotarliśmy do jaskini w sztolni Teresa. Na miejscu zastaliśmy ogrodzoną dziurę, w ziemi, która była wejściem. Oznaczona była tabliczką UWAGA PRZEJSCIA NIE MA.
Po przejściu na drugą stronę i po poręczowaniu przez chłopaków, Mikołaj zjechał jako pierwszy zobaczyć jaka jest sytuacja.
Tym razem zejście było trudniejsze bo na linach z zaciskiem pionowym w dół.
Następnie zeszłam ja, zjeżdżając powoli na linie uważając na wystające kamienie. Później przecisnęłam się bardzo wąskim korytarzem na brzuchu do obszernej salki. Usiadłam na kamieniu i czekałam na chłopaków. Zgasiłam latarkę i poczułam się...jak w domu.
Uwielbiam ten moment kiedy mogę zostać sama, wyłączam latarkę, zamykam oczy, czuje wewnętrzny spokój - czuję się dobrze, spokojna i wyciszona.
Niestety mój błogi stan przerwał Adaś, który nie mógł się przecisnąć i się zdenerwował.
- No i koniec czar prysł, no i koniec – pomyślałam
Gdy już wszyscy byliśmy w środku,ruszyliśmy chodnikami kopalnianymi. Udawaliśmy gąsienice czołgając się i przeciskając się przez szczeliny by po chwili zjechać glinianymi korytarzami..
Mikołaj zabrał nas do miejsca, gdzie była jak mi się wydawała głęboka studnia bez dna. Najpierw Adaś nad nią leżał, później ja. Mikołaj asekurował mnie trzymając za uprząż. Miałam naprawdę stracha, pierwszy moment zawahania. Leżałam głową w dół nad nią, pod sobą mając tylko czarną pustkę. Poczułam pewnego rodzaju niepokój nie wiedząc ile metrów mam pod sobą. Pierwszy raz poczułam się, że strach wziął w górę. Poczułam się naprawdę niepewnie i poprosiłam by wziął mnie z stamtąd jak najszybciej. Na szczęście uczucie towarzyszyło mi tylko przez chwilę.
Idąc dalej korytarzami znaleźliśmy pewną studnię. Mikołaj zachowywał się jak dziecko w sklepie z cukierkami, mało nie skacząc z radości, chcąc tam zejść. Uparł się. I zszedł. Jakaż to była jego radość odkrywając w studni kolejne dotąd nieznane korytarze.
Wracając czekaliśmy na wyjście w ciasnym korytarzu. Gdzie ledwo mieściły się dwie osoby. Leżeliśmy tak z Mikołajem robiąc zdjęcia i lepiąc z gliny dziwne figurki czekając na naszą kolej na wyjście.
Dzięki jaskiniom poczułam się pewna siebie, znalazłam swoje miejsce. Wreszcie znalazłam coś dla siebie swego rodzaju odwagę by móc spełniać swoje marzenia.
Strach objawia się adrenaliną ale jest on tu wskazany bo wtedy nie podejmuje się pochopnych decyzji na które w jaskiniach nie można sobie pozwolić. Dopiero kiedy przyjdzie zmęczenie pojawia się satysfakcja, duma i euforia ze zdobycia kolejnej jaskini i satysfakcją ze zwalczenia swoich lęków.
Drugą jaskinią do której weszliśmy to jaskinia w sztolni Teresa. Trochę inna niż ta do której weszliśmy poprzedniego dnia.
Dotarliśmy do jaskini w sztolni Teresa. Na miejscu zastaliśmy ogrodzoną dziurę, w ziemi, która była wejściem. Oznaczona była tabliczką UWAGA PRZEJSCIA NIE MA.
Po przejściu na drugą stronę i po poręczowaniu przez chłopaków, Mikołaj zjechał jako pierwszy zobaczyć jaka jest sytuacja.
Tym razem zejście było trudniejsze bo na linach z zaciskiem pionowym w dół.
Następnie zeszłam ja, zjeżdżając powoli na linie uważając na wystające kamienie. Później przecisnęłam się bardzo wąskim korytarzem na brzuchu do obszernej salki. Usiadłam na kamieniu i czekałam na chłopaków. Zgasiłam latarkę i poczułam się...jak w domu.
Uwielbiam ten moment kiedy mogę zostać sama, wyłączam latarkę, zamykam oczy, czuje wewnętrzny spokój - czuję się dobrze, spokojna i wyciszona.
Niestety mój błogi stan przerwał Adaś, który nie mógł się przecisnąć i się zdenerwował.
- No i koniec czar prysł, no i koniec – pomyślałam
Gdy już wszyscy byliśmy w środku,ruszyliśmy chodnikami kopalnianymi. Udawaliśmy gąsienice czołgając się i przeciskając się przez szczeliny by po chwili zjechać glinianymi korytarzami..
Mikołaj zabrał nas do miejsca, gdzie była jak mi się wydawała głęboka studnia bez dna. Najpierw Adaś nad nią leżał, później ja. Mikołaj asekurował mnie trzymając za uprząż. Miałam naprawdę stracha, pierwszy moment zawahania. Leżałam głową w dół nad nią, pod sobą mając tylko czarną pustkę. Poczułam pewnego rodzaju niepokój nie wiedząc ile metrów mam pod sobą. Pierwszy raz poczułam się, że strach wziął w górę. Poczułam się naprawdę niepewnie i poprosiłam by wziął mnie z stamtąd jak najszybciej. Na szczęście uczucie towarzyszyło mi tylko przez chwilę.
Idąc dalej korytarzami znaleźliśmy pewną studnię. Mikołaj zachowywał się jak dziecko w sklepie z cukierkami, mało nie skacząc z radości, chcąc tam zejść. Uparł się. I zszedł. Jakaż to była jego radość odkrywając w studni kolejne dotąd nieznane korytarze.
Wracając czekaliśmy na wyjście w ciasnym korytarzu. Gdzie ledwo mieściły się dwie osoby. Leżeliśmy tak z Mikołajem robiąc zdjęcia i lepiąc z gliny dziwne figurki czekając na naszą kolej na wyjście.
Dzięki jaskiniom poczułam się pewna siebie, znalazłam swoje miejsce. Wreszcie znalazłam coś dla siebie swego rodzaju odwagę by móc spełniać swoje marzenia.
Strach objawia się adrenaliną ale jest on tu wskazany bo wtedy nie podejmuje się pochopnych decyzji na które w jaskiniach nie można sobie pozwolić. Dopiero kiedy przyjdzie zmęczenie pojawia się satysfakcja, duma i euforia ze zdobycia kolejnej jaskini i satysfakcją ze zwalczenia swoich lęków.
poniedziałek, 7 stycznia 2013
Jaskinia w sztolni Zofia - wyprawa do wnętrza ziemi
Jaskinia w sztolni Zofia - Górza Miedzianka w okolicach Chęcin - Góry Świętokrzyskie
Udało się. Jedziemy do jaskini. Pierwszą jaskinią, jaką Mikołaj i Olo wybrali dla nas była to jaskinia w sztolni Zofia na górze Miedzianka w okolicach Chęcin.
Nadszedł upragniony i wyczekany dzień wyjazdu. Zaparkowaliśmy samochód na leśnej polanie, nieopodal wejścia do jaskini.
Po przebraniu się, w ciepłe i wygodne rzeczy, założyliśmy uprzęże i wpięliśmy w niego sprzęt, byliśmy gotowi…. A jeszcze kaski i hej przygodo.
Weszliśmy na ścieszkę leśną i szliśmy w stronę otworu prowadzącego do jaskini.
Adaś kilka razy żartował sobie: Daleko jeszcze, Daleko jeszcze.
Po przejściu kilku minut ukazałam nam się piękna skała a u jej podnóża znajdował się otwór do jaskini do którego mieliśmy wejść. Adrenalina po woli dawała o sobie znać.
Po przejściu kilku metrów poczuliśmy się jakbyśmy przybyli do innego świata. A to był dopiero początek wyprawy do wnętrza ziemi. Adrenalina powoli zaczęła zmieniać się w podniecenie. W końcu robiliśmy to po raz pierwszy. Dalej idąc w głąb po prawej stronie na skale zauważyliśmy dziwne szeregi cyferek. Zastanawialiśmy się co mogą oznaczać, ale nie doszliśmy do tego, może kiedyś dowiemy się co one oznaczają … może kiedyś. Ale ogólnie robią wrażenie. Chodziliśmy korytarzami,które prowadziły do różnych zakamarków lub kończyły się nagle. Kiedyś te korytarze należały do sztolni. Po drodze mijaliśmy dziwne skały oraz studnie z bardzo przeźroczystą wodą.
Dotarliśmy do prostokątnego szybiku, który aby przejść należało trawersować. Choć zdarzają się odważni i przechodzą do bez zabezpieczeń. Po poręczowaniu przez chłopaków mięliśmy zjechać w jego głąb. To był nasz pierwszy mój i Adasia zjazd w głąb ziemi. Zjeżdżaliśmy po linie po kolei.
Na dole było dość ciasno, a to dlatego, że miejsce do którego zjechaliśmy było zalane wodą. Nam jednak udało się znaleźć miejsce wolne od wody (było ciasno ale przyjemnie).
Po paru chwilach mieliśmy wrócić na górę. Po wspinaczce na górę usiedliśmy na kamykach, pijąc gorącą herbatę.
Po odsapnięciu poszliśmy dalej poprzez korytarze (będące już po drugiej stronie trawersu) trafiając na drugie wyjście.
Jaka była nasza radość, gdy zauważyliśmy światło dzienne. Wyszliśmy na powietrze a promienie słońca padały nam na twarze. Oczy aż musieliśmy mrużyć. Po kilku chwilach spędzonych na dworze i podziwianiu krajobrazu, wróciliśmy do jaskini.
Będąc już niedaleko naszego wyjścia, postanowiliśmy iść trochę innym przejściem gdzie aby się do niego dostać musieliśmy się do niego trochę po wspinać i po przeciskać przez ciasne szczeliny skalne. Po kilku metrów dotarliśmy do miejsca, którego zjeżdżaliśmy na pupach śmiejąc się, że w takim miejscu przydałyby nam się jabłuszka.
Po zjeździe pokręciliśmy się chwilę po jaskini, zrobiliśmy kilka fotek wpadającego światła przez skały (takie niby artystyczne - piękny widok). Wyszliśmy z jaskini szczęśliwi i upaprani.
Udało się. Jedziemy do jaskini. Pierwszą jaskinią, jaką Mikołaj i Olo wybrali dla nas była to jaskinia w sztolni Zofia na górze Miedzianka w okolicach Chęcin.
Nadszedł upragniony i wyczekany dzień wyjazdu. Zaparkowaliśmy samochód na leśnej polanie, nieopodal wejścia do jaskini.
Po przebraniu się, w ciepłe i wygodne rzeczy, założyliśmy uprzęże i wpięliśmy w niego sprzęt, byliśmy gotowi…. A jeszcze kaski i hej przygodo.
Weszliśmy na ścieszkę leśną i szliśmy w stronę otworu prowadzącego do jaskini.
Adaś kilka razy żartował sobie: Daleko jeszcze, Daleko jeszcze.
Po przejściu kilku minut ukazałam nam się piękna skała a u jej podnóża znajdował się otwór do jaskini do którego mieliśmy wejść. Adrenalina po woli dawała o sobie znać.
Po przejściu kilku metrów poczuliśmy się jakbyśmy przybyli do innego świata. A to był dopiero początek wyprawy do wnętrza ziemi. Adrenalina powoli zaczęła zmieniać się w podniecenie. W końcu robiliśmy to po raz pierwszy. Dalej idąc w głąb po prawej stronie na skale zauważyliśmy dziwne szeregi cyferek. Zastanawialiśmy się co mogą oznaczać, ale nie doszliśmy do tego, może kiedyś dowiemy się co one oznaczają … może kiedyś. Ale ogólnie robią wrażenie. Chodziliśmy korytarzami,które prowadziły do różnych zakamarków lub kończyły się nagle. Kiedyś te korytarze należały do sztolni. Po drodze mijaliśmy dziwne skały oraz studnie z bardzo przeźroczystą wodą.
Dotarliśmy do prostokątnego szybiku, który aby przejść należało trawersować. Choć zdarzają się odważni i przechodzą do bez zabezpieczeń. Po poręczowaniu przez chłopaków mięliśmy zjechać w jego głąb. To był nasz pierwszy mój i Adasia zjazd w głąb ziemi. Zjeżdżaliśmy po linie po kolei.
Na dole było dość ciasno, a to dlatego, że miejsce do którego zjechaliśmy było zalane wodą. Nam jednak udało się znaleźć miejsce wolne od wody (było ciasno ale przyjemnie).
Po paru chwilach mieliśmy wrócić na górę. Po wspinaczce na górę usiedliśmy na kamykach, pijąc gorącą herbatę.
Po odsapnięciu poszliśmy dalej poprzez korytarze (będące już po drugiej stronie trawersu) trafiając na drugie wyjście.
Jaka była nasza radość, gdy zauważyliśmy światło dzienne. Wyszliśmy na powietrze a promienie słońca padały nam na twarze. Oczy aż musieliśmy mrużyć. Po kilku chwilach spędzonych na dworze i podziwianiu krajobrazu, wróciliśmy do jaskini.
Będąc już niedaleko naszego wyjścia, postanowiliśmy iść trochę innym przejściem gdzie aby się do niego dostać musieliśmy się do niego trochę po wspinać i po przeciskać przez ciasne szczeliny skalne. Po kilku metrów dotarliśmy do miejsca, którego zjeżdżaliśmy na pupach śmiejąc się, że w takim miejscu przydałyby nam się jabłuszka.
Po zjeździe pokręciliśmy się chwilę po jaskini, zrobiliśmy kilka fotek wpadającego światła przez skały (takie niby artystyczne - piękny widok). Wyszliśmy z jaskini szczęśliwi i upaprani.
poniedziałek, 31 grudnia 2012
Chocki Klocki - „Poznanie jaskiń to idealny wstęp do wielkiej pasji”
Każdy z nas ma pasję i hobby. Każdy człowiek na świecie, dzięki swojej pasji odkrywa w sobie to co najlepsze. Odnajduje swoje miejsce w życiu i na ziemi. Czuje się szczęśliwy, spełniony odkrywając nowe miejsca nie tylko na ziemi w powietrzu ale także pod ziemią. To co dla innych może być głupie lub niedorzeczne dla Ciebie to właśnie jest to i bez względu na wszystko idziesz pod prąd bo to jest właśnie to co kochasz.
Wybierając hobby, każdy wybiera sobie takie zajęcie w, którym czuje się najlepiej i jest w tym najlepszy. Jedni pływają, sklejają modele, wspinają się a inni tak jak my chodzimy po jaskiniach. No właśnie… jaskinie… ale nie takich turystycznych z przewodnikiem ale takie … no właśnie dziury w ziemi lub w skałach.
Zjazdy i wspinaczka na linach, przeciskanie się przez ciasne szczeliny to jest właśnie to co nas kręci. Dla większości ludzi jest to niezrozumiałe, jak można włazić pod ziemię i mieć z tego satysfakcję. Dla nas to coś więcej, to jakaś nieznana energia, która prowadzi do działania do zrobienia czegoś więcej i osiągnięcia życiowej satysfakcji.
Właśnie o tym będzie blog. O przygodach, odkrywaniu i o miejscach na ziemi (a raczej pod nią). A także o tym co w życiu jest najważniejsze.
Nasza przygoda z jaskiniami zaczęła się zupełnie nieoczekiwanie i przez zupełny przypadek. Bo kto by się po nas spodziewał: po dwóch leniuchach kanapowych łażenia po takich miejscach.
Adam mój mąż prowadzi zajęcia z filmu dokumentalnego w jednym z domów kultury. Na zajęciach tych pojawiał się Mikołaj (pasjonat jaskiń, który pokazywał swoje filmy o jaskiniach chcąc nauczyć się jak je udoskonalać. Pokazując swoje projekty zaszczepił w Adamie chęć poznania tego niezwykłego świata i zejścia do niego.
A jak to było ze mną, że ja też… no właśnie
Mikołaj pewnego razu zaproponował Adamowi wspólną wycieczkę pod ziemię.
Adam tylko stwierdził:
- Ale ze mną w pakiecie idzie moja Kasia – no właśnie i tak to się właśnie zaczęła się (moja) nasza przygoda z jaskiniami.
Choć teraz sobie przypominam, że po obejrzeniu takich filmów jak „Zejście I i II”, Sanktum czy Jaskinia nasuwało mi się pytanie jak to tak w tym podziemnym świecie. Jakie to uczucie, przeciskając się przez ciasne korytarze. Nigdy bym nie przypuszczała, że będę mogła chodzić ulicami tego ciemnego pięknego podziemnego świata.
Dla mnie to także możliwość wyjścia z domu.
A jednak… Nie wystarczy wejść do jaskini by stać się grotołazem. Są oczywiście jaskinie „turystyczne” do których wystarczy tylko latarka.
Udało nam się… i w pewien ciepły sobotni poranek spotkaliśmy się (ja, Adaś i Mikołaj) by poznać z czym mamy do czynienia i zobaczyć czy w ogóle odnajdziemy się w tym.
Wyszłam z domu do ogrodu a przed mną ukazał się piękny widok. Na trawie rozpościerał się dywan ze sprzętu jaskiniowego. Metalowe części lśniły w słońcu. Zaczęliśmy naukę od poznania sprzętu.
Mikołaj pokazywał tłumacząc do czego służą karabinki i jakie jest ich zastosowanie. Shunt i do czego służy sznureczek przy nim zawieszony,
A także Poignee płaneta (zwana małpą) służącą do wspinania razem ze stopką czy croll i jak poprawnie go założyć bo podobno ludzie mają problem z założeniem jej poprawnie i do czego służy lonża i jak się ją zakłada.
Tłumaczył także jakie liny są najlepsze a jakich unikać oraz jak prawidłowo założyć uprząż.
Po przekazaniu nam swojej wiedzy Mikołaj zaczął wyrywkowo pytać nas o różne rzeczy, tak czy dobrze zapamiętaliśmy przekazaną przed chwilą wiedzę.
Po krótkiej przerwie Mikołaj zawiesić linę na balustradzie i pokazał nam na „sucho” jak bezpiecznie przymocować linę, jak wpinać na niej prawidłowo w rolkę używaną do zjazdu. Kilka razy uczyliśmy się wspinać i zjeżdżać na trawie.
Po takim szkoleniu byliśmy gotowi byliśmy na nasz pierwszy zjazd na linie. A także na wspinaczkę. Adaś z Mikołajem weszli na strych, by tam przymocować liny i wypuścić je przez okno by swobodnie i bezpiecznie zwisały. Po zabezpieczeniu lin przeszliśmy do praktyki. Z balkonu przechodziliśmy na drugą stronę i ostrożnie próbowaliśmy znaleźć swój rytm zjazdu. Przyznam, że na początku czułam strach przechodząc na drugą stronę barierki ale po chwili adrenalina zmieniała się super przyjemną zabawę. Kilkanaście razy próbowaliśmy zjeżdżać, a z każdym razem czuliśmy się pewniejsi. A przy tym mieliśmy dużo zabawy. Po tym jak łyknęliśmy z czym wiąże się zjazd, próbowaliśmy wspinać się.
Mikołaj pokazywał jak złapać swój rytm. I tym razem powtarzaliśmy kilka razy by poczuć się bezpiecznie na linie.
Wisząc tak na linie czułam się dobrze, naprawdę bardzo dobrze. Czułam błogi spokój. Fajnie było tak wisząc zawieszonym w powietrzu. Liczyło się tylko to, że mieliśmy super zabawę. Nie liczyło nic tylko to, że czuliśmy się wyśmienicie.
Po takim rzetelnym szkoleniu byliśmy gotowi na prawdziwą przygodę w jaskini.
Wybierając hobby, każdy wybiera sobie takie zajęcie w, którym czuje się najlepiej i jest w tym najlepszy. Jedni pływają, sklejają modele, wspinają się a inni tak jak my chodzimy po jaskiniach. No właśnie… jaskinie… ale nie takich turystycznych z przewodnikiem ale takie … no właśnie dziury w ziemi lub w skałach.
Zjazdy i wspinaczka na linach, przeciskanie się przez ciasne szczeliny to jest właśnie to co nas kręci. Dla większości ludzi jest to niezrozumiałe, jak można włazić pod ziemię i mieć z tego satysfakcję. Dla nas to coś więcej, to jakaś nieznana energia, która prowadzi do działania do zrobienia czegoś więcej i osiągnięcia życiowej satysfakcji.
Właśnie o tym będzie blog. O przygodach, odkrywaniu i o miejscach na ziemi (a raczej pod nią). A także o tym co w życiu jest najważniejsze.
Nasza przygoda z jaskiniami zaczęła się zupełnie nieoczekiwanie i przez zupełny przypadek. Bo kto by się po nas spodziewał: po dwóch leniuchach kanapowych łażenia po takich miejscach.
Adam mój mąż prowadzi zajęcia z filmu dokumentalnego w jednym z domów kultury. Na zajęciach tych pojawiał się Mikołaj (pasjonat jaskiń, który pokazywał swoje filmy o jaskiniach chcąc nauczyć się jak je udoskonalać. Pokazując swoje projekty zaszczepił w Adamie chęć poznania tego niezwykłego świata i zejścia do niego.
A jak to było ze mną, że ja też… no właśnie
Mikołaj pewnego razu zaproponował Adamowi wspólną wycieczkę pod ziemię.
Adam tylko stwierdził:
- Ale ze mną w pakiecie idzie moja Kasia – no właśnie i tak to się właśnie zaczęła się (moja) nasza przygoda z jaskiniami.
Choć teraz sobie przypominam, że po obejrzeniu takich filmów jak „Zejście I i II”, Sanktum czy Jaskinia nasuwało mi się pytanie jak to tak w tym podziemnym świecie. Jakie to uczucie, przeciskając się przez ciasne korytarze. Nigdy bym nie przypuszczała, że będę mogła chodzić ulicami tego ciemnego pięknego podziemnego świata.
Dla mnie to także możliwość wyjścia z domu.
A jednak… Nie wystarczy wejść do jaskini by stać się grotołazem. Są oczywiście jaskinie „turystyczne” do których wystarczy tylko latarka.
Udało nam się… i w pewien ciepły sobotni poranek spotkaliśmy się (ja, Adaś i Mikołaj) by poznać z czym mamy do czynienia i zobaczyć czy w ogóle odnajdziemy się w tym.
Wyszłam z domu do ogrodu a przed mną ukazał się piękny widok. Na trawie rozpościerał się dywan ze sprzętu jaskiniowego. Metalowe części lśniły w słońcu. Zaczęliśmy naukę od poznania sprzętu.
Mikołaj pokazywał tłumacząc do czego służą karabinki i jakie jest ich zastosowanie. Shunt i do czego służy sznureczek przy nim zawieszony,
A także Poignee płaneta (zwana małpą) służącą do wspinania razem ze stopką czy croll i jak poprawnie go założyć bo podobno ludzie mają problem z założeniem jej poprawnie i do czego służy lonża i jak się ją zakłada.
Tłumaczył także jakie liny są najlepsze a jakich unikać oraz jak prawidłowo założyć uprząż.
Po przekazaniu nam swojej wiedzy Mikołaj zaczął wyrywkowo pytać nas o różne rzeczy, tak czy dobrze zapamiętaliśmy przekazaną przed chwilą wiedzę.
Po krótkiej przerwie Mikołaj zawiesić linę na balustradzie i pokazał nam na „sucho” jak bezpiecznie przymocować linę, jak wpinać na niej prawidłowo w rolkę używaną do zjazdu. Kilka razy uczyliśmy się wspinać i zjeżdżać na trawie.
Po takim szkoleniu byliśmy gotowi byliśmy na nasz pierwszy zjazd na linie. A także na wspinaczkę. Adaś z Mikołajem weszli na strych, by tam przymocować liny i wypuścić je przez okno by swobodnie i bezpiecznie zwisały. Po zabezpieczeniu lin przeszliśmy do praktyki. Z balkonu przechodziliśmy na drugą stronę i ostrożnie próbowaliśmy znaleźć swój rytm zjazdu. Przyznam, że na początku czułam strach przechodząc na drugą stronę barierki ale po chwili adrenalina zmieniała się super przyjemną zabawę. Kilkanaście razy próbowaliśmy zjeżdżać, a z każdym razem czuliśmy się pewniejsi. A przy tym mieliśmy dużo zabawy. Po tym jak łyknęliśmy z czym wiąże się zjazd, próbowaliśmy wspinać się.
Mikołaj pokazywał jak złapać swój rytm. I tym razem powtarzaliśmy kilka razy by poczuć się bezpiecznie na linie.
Wisząc tak na linie czułam się dobrze, naprawdę bardzo dobrze. Czułam błogi spokój. Fajnie było tak wisząc zawieszonym w powietrzu. Liczyło się tylko to, że mieliśmy super zabawę. Nie liczyło nic tylko to, że czuliśmy się wyśmienicie.
Po takim rzetelnym szkoleniu byliśmy gotowi na prawdziwą przygodę w jaskini.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






